Słodkie kakao, dźwięk handpana i słowa, które stają się drogowskazem
- donataizdebska
- 5 godzin temu
- 2 minut(y) czytania
Zapach gęstego kakao powoli wypełniał przestrzeń. Dodałam do niego dużo miodu – w końcu energia, którą dziś zapraszaliśmy, była czysta, radosna i bardzo dziecięca. Spojrzałam na krąg osób, które powoli zajmowały swoje miejsca. Byli tu ludzie o tak różnych ścieżkach, wierzeniach i tradycjach. A jednak, gdy uderzyłam w bęben, by rozpocząć nasze spotkanie, poczułam tylko jedno: autentyczną obecność płynącą prosto z serca.
Zebraliśmy się dla Leosia. Właśnie tego dnia kończył dokładnie pół roku. Jego rodzice zaprosili tych, którzy są dla nich naprawdę ważni, by wspólnie wykreować przestrzeń powitania. Kiedy trzymam przestrzeń takich spotkań, zawsze zależy mi na jednym – by przemienić zwykłe, kalendarzowe świętowanie w głębokie, magiczne doświadczenie, które zostaje w ciele i w pamięci.
Przestrzeń szybko wypełniła się muzyką. Śpiewaliśmy pieśni dedykowane specjalnie dla małego chłopca, a dźwięki grzechotek i wibrującego handpana przeplatały się z naszymi głosami. Ale najważniejszy moment miał dopiero nadejść.
Poprosiłam wcześniej każdego z gości, by przygotował wyjątkowy dar. Nie zabawkę, nie przedmiot, ale jedno wybrane słowo. Ciekawość. Działanie. Ambicja. Kreacja. Każdy, kto zabierał głos w kręgu, wyciągał swoje słowo i otulał je krótką historią, herstorią, a czasem bajką dopasowaną do wieku malucha.
Jako osoba prowadząca, strzegłam w tym kręgu jednej, absolutnie kluczowej zasady: żadnych rad, pouczeń i wskazówek, jak najlepiej żyć. Prosiłam, by każdy mówił wyłącznie o sobie, o własnej drodze i o tym, dlaczego to konkretne słowo jest dla niego tak cenne. Słowo lądowało w symbolicznym "worku podarunków" dla Leona, ale historia zostawała przy opowiadającym.
Dlaczego to było takie ważne? Bo intencją tego kręgu było zakotwiczenie w przestrzeni potężnego przekonania: Leon doskonale wie, jak ma żyć. Ma przed sobą pełną swobodę i wolność w wyborze własnej drogi oraz kierowaniu się swoimi wartościami. Nie potrzebuje naszych instrukcji. Potrzebuje jedynie wsparcia, miłości i pięknego tła, z którego kiedyś – jeśli tylko zechce – będzie mógł czerpać.
Całe to popołudnie upłynęło w niezwykłej lekkości. Było mnóstwo śmiechu, zabawy i bycia tu i teraz. A najpiękniejsze wydarzyło się na sam koniec. Wśród kilku fizycznych upominków znalazł się malutki bębenek. Leon chwycił go i, ku naszemu zachwytowi, zaczął małą rączką wygrywać swoje pierwsze, własne rytmy.
Patrzyłam na niego, słuchając tych nieporadnych, ale jakże pewnych uderzeń, i uśmiechałam się do siebie. To był absolutnie magiczny widok. Zatrzymaliśmy się w autentyczności. Byliśmy tam naprawdę. I właśnie dla takich chwil, pełnych miłości, wolności i dźwięku, z taką radością otwieram i trzymam te przestrzenie.
Witaj na świecie, Leonie.






























Komentarze